Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Moncarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Moncarz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2013

Dzień 32: NASA

Dziś mieliśmy same wizyty studyjne: najpierw w firmie Exponent w Menlo Park, miejscu pracy prof. Moncarza, a potem w Ames Research Center. W Exponencie powitał nas prof. Moncarz oraz wiceprezes i CFO Richard Schlenker, który opowiedział co nieco o firmie. Świadczy ona naukowo-techniczne usługi konsultingowe i jest najlepiej znana z analiz wypadków i katastrof. Wypączkowała ze Stanfordu, gdy profesorowie zarabiający na ekspertyzach indywidualnych zdecydowali się połączyć siły. Dziś firma zatrudnia ponad 700 pracowników, z tego 55% z doktoratami, a jej przychody firmy sięgają 300 milionów rocznie (fajna uwaga: firmy ocenia się po przychodach, a nie stanie osobowym: 'we are $300M in size') i pochodzą w 60% z zamówień analitycznych (post factum), w 30% (i rośnie) z działalności proaktywnej, a w 10% z zamówień rządowych. Godzina najlepszych konsultantów potrafi kosztować 400-600 dolarów. Najbardziej perspektywiczne tematy w dziedzinie bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem to wg naszego gospodarza zagrożenia związane z ochroną zdrowia (zanieczyszczenie produktów, zagrożenia chemiczne, kwestie rejestracji nawozów), konsulting produktowy (w dziedzinie bezpieczeństwa urządzeń medycznych czy elektroniki użytkowej) i energetyka, także jądrowa.

Prof. Moncarz i Richard Schlenker

Potem wysłuchaliśmy niezwykle ciekawego (jak na tak skrajnie nudny przypadek) studium zabawnego Stevena Murraya o przypadku awarii urządzenia medycznego (pacjent mało co nie zmarł na stole operacyjnym z powodu przegrzania cewnika w operowanym sercu). Podczas ekspertyzy na potrzeby procesowe okazało się, jak to zwykle bywa w takich wypadkach, że był to niezwykły zbieg okoliczności: problemy na styku połączenia kablowego spowodowały powstanie strumienia danych, który był przypadkowo zgodny z charakterystyką informacji o zupełnie innej naturze – a komputer po prostu zareagował zgodnie z odczytem... A na koniec Fionna Mowet opowiadała o procesie rejestracji leków.

W gabinecie głównego inżyniera
Okazałe wejście z instalacją z fragmentu jednego z badanych obiektów
Jak się okazuje, w jej tworzeniu miał udział prof. Moncarz

Potem została już tylko wizyta w NASA! Po dość długotrwałej procedurze pozyskiwania identyfikatorów poszliśmy najpierw do wielkiego namiotu poza głównym terenem bazy, gdzie wysłuchaliśmy prezentacji weterana (który chwalił się, znał jeszcze braci Wright :) o historii Agencji oraz paru słów po polsku od pracownika o polskich korzeniach – Ryszarda Pisarskiego.

Brama główna
ID do kolekcji
Prezentacja Centrum
Ryszard Pisarski

Wreszcie wjechaliśmy do środka. Teren jest rozległy, więc znów wożono nas autobusem... Najpierw pojechaliśmy do ośrodka badań nad kontrolą operacji lotniczych i kosmicznych wyposażonym w symulator wieży kontroli lotów w postaci pomieszczenia z wielkimi ekranami rozmieszczonymi dookoła, stanowiskami dla kontrolerów i systemem zawiadującym całością. Oglądaliśmy dwie symulacje: lotniska w Los Angeles z warunkami pogodowymi zmienianymi na żądanie (ustawienie suwakiem śniegu na 70% wywołało rozbawienie: śnieg w LA?) i kilka powiększalnych obrazów 360° z misji łazika Curiosity.

Duże monitory to już standard, ale zobaczcie te na łączeniach
Panorama lotniskowa
Panorama marsjańska

Byliśmy też przy symulatorze lotów, konfigurowalnym dla różnych rodzajów samolotów i pojazdów kosmicznych:


Agnieszka przed odlotem


Cały teren jest pełen ciekawych obiektów; wśród nich najbardziej okazały jest szkielet 60-metrowego Hangaru One, jednej z największych wolnostojących konstrukcji na świecie, zbudowanego w 1933 r. dla sterowców, a dziś niszczejącego po usunięciu ołowiowo-azbestowej powłoki. Niestety, konkretnych pomysłów na jego zagospodarowanie na razie nie ma – niedawno Google chciał odnowić konstrukcję w zamian za możliwość garażowania firmowych samolotów, ale NASA odrzuciła ofertę.

Hangar One

Inżynierowie mieli dużo radości z wizyty w tunelu aerodynamicznym. To źródło sporych przychodów dla NASA, bo mimo że to Agencja jest głównym klientem (więc można zobaczyć wiele zdjęć ciekawych obiektów latających), ośrodek realizuje też sporo zamówień dla klientów biznesowych. Koszt wynajęcia tunelu to ok. 4-5 tys. dolarów za godzinę, a badanie obiektu trwa zwykle 160 godzin. W modelu montuje się czujniki badające naprężenia.

Przygotowania do wejścia do tunelu
Wejście do tunelu
Miejsce mocowania modelu
Control room

Na koniec byliśmy jeszcze w sklepiku i na małej wystawie nt. misji kosmicznych. Kombinezony, pełnoskalowy model modułu stacji kosmicznej – w sumie mało ciekawa zbieranina (oprócz faktycznych skał z kosmosu, które robią wrażenie).

Kombinezony, jakieś żelastwa –  trochę dziwne
Efekt "Wow": Oliwia i księżycowy kamień

Mimo wszystko trochę szkoda, że pokazali nam tylko tyle, bo odnieśliśmy wrażenie, że nic ciekawego się tu już nie dzieje, nawet w porównaniu z Warszawą. A to przecież nieprawda.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Dzień 16: Institute for the Future

Oprócz Elvisa naszym kierowcą jest też John, który zawsze wita nas z uśmiechem, nie ma problemu z wyborem najkrótszej drogi i mówi "Good night" na do widzenia, nawet o czwartej po południu. A Elvisa określa mianem "highway junkie".

Agnieszka z Johnem

No dobrze, to zdjęcie jest z zeszłego tygodnia, ale to tylko taka mała sztuczka z blogowej kuchni. Więcej już nie oszukuję: John woził nas dziś przez cały dzień – najpierw do Institute for the Future w ramach zajęć z Markiem Scharem. Instytut jest think tankiem stosującym design thinking do "prognozowania trendów". To paskudne słownictwo jest ważne: foresight, a nie prediction, bo nie przewidują przyszłości (więc nie powiedzą, jak bogata będzie Polska za 10 lat), tylko dostarczają scenariuszy, map, gier, prototypów. Nie tylko foresight: jak będzie wyglądać nasze życie, ale także insight: co te zmiany będą oznaczać. Trendy są materiałem wejściowym, ale bardziej interesują ich zmiany przełomowe.

Sean Ness, nasz przewodnik po świecie przyszłości
Marina Gorbis, szefowa IFTF i autorka książki "The Nature of the Future"

Jednym z wyników pracy Instytutu są "prognozy dziesięcioletnie", przed dekadą mające postać wielostronicowych raportów, a dziś dostępne w dużo strawniejszej formie:

Prognoza A.D. 2013
Propaganda na ścianach

Tym, którym ta futurologia wydaje się drętwa, wyjaśniam, że czytaliśmy trochę materiałów – i naprawdę są ciekawe; w każdym razie wychodzące poza schematy opowieści o robotach i minerałach na Księżycu. Oczywiście dużo zależy od sposobu prezentacji: dziś wszystko musi być graficzne, rozszerzone (czyli po polsku augmented), dostępne przez smartfona ("to ostatnie urządzenie elektroniczne, jakie kupiliście, laptopy są skazane na wyginięcie") – i właśnie takie jest, ale gdzie ma tak być, jak nie tutaj. Głównym nośnikiem prognozy z roku bieżącego jest teoria dwóch krzywych: zstępującej, reprezentującej utratę pozycji przez globalnych liderów mających trudności z utrzymaniem operacyjnej przewagi nad konkurencją i wstępującej, wyrażającej nowe zjawiska teraźniejszości, takie jak mikropraca, demokratyzacja wiedzy, rola społeczności w zmianie oblicza wolnego rynku.

Pobyt w IFTF był też okazją do przedstawienia nam przez Marka Schara pomysłów na projekty końcowe, przydzielane pięcioosobowym grupom w drodze losowania. Chodzi o wymyślenie ulepszenia danego produktu z użyciem narzędzi Design Thinking. Termin: 16 maja, na kiedy zaplanowano prezentacje naszych wynalazków w obecności grupy ekspertów, w formacie Pecha Kucha.

Lucky 7: jak zmienić biznes kartek okolicznościowych

Większość stawki jadła lunch w Palo Alto, a czteroosobowa grupka ze zdjęcia poniżej spotkała się na Stanfordzie z prof. Moncarzem i Markiem Iwanowskim, przedstawicielem firmy Cognizant (nie słyszeliście, prawda? a ma biura we wszystkich częściach świata, klientów także w Polsce i jest notowana na rynku NASDAQ), która przygarnie nas na staż na końcowe trzy tygodnie pobytu:

Pierwsze spotkanie bliskiego stopnia z Markiem Iwanowskim

Dzień zakończył się zajęciami z Johnem Warrenem, który recenzował modele biznesowe naszych wynalazków:

Konsultacje wynalazcy z aniołem (biznesu)

Powoli klarują się też nasze plany wyjazdowe na szósty tydzień pobytu. Mariusz i Ania zaplanowali dwie wersje trasy, różniące się liczbą przejechanych kilometrów – dzięki! Yosemite ponoć da się zobaczyć w weekend, ale trochę mi szkoda parków narodowych Zion i Bryce Canyon, które są "po drodze" :) Może uda się stworzyć jeszcze ostrzejszą wersję?

Week off, wersja hardcore

A na koniec znów bonus od Alicji, która jest geologiem: linki do strony służby geologicznej w USA. Jak pisze nasz ekspert, w Kalifornii często odnotowuje się niewielkie wstrząsy, poniżej 3 stopni w skali Richtera, które są nieodczuwalne dla większości ludzi, ale widać je na sejsmogramie (Alicja mówi, że ona czuje wibracje, ale nie wiem, czy na pewno chodzi jej o sejsmikę):

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Dzień 1: Pierwszy raz na Stanfordzie

Zanim dotarliśmy na Stanford, prof. Moncarz z całą grupa opiekunów i sympatyków, m.in. z US-Polish Trade Council powitali nas w chińskiej restauracji Hunan Garden w Palo Alto:

Powitanie w Hunan Garden

A potem napięcie już tylko rosło: pojechaliśmy na teren kampusu, po którym profesor oprowadził nas opowiadając ciekawostki o uniwersytecie. Stanford jest aktualnie na drugim miejscu w rankingu szanghajskim, ale wszyscy mówią, że pierwsze dziesięć miejsc można traktować łącznie. Żeby myśleć o złożeniu dokumentów, trzeba być naprawdę wybitnym, a i tak dostaje się tylko 5% aplikantów.

Prof. Moncarz o tym, jak trudno dostać się na Stanford...
... i jakimi jesteśmy szczęściarzami!

Czesne wynosi 40 tys. dolarów rocznie, ale pieniądze to jednak sprawa drugorzędna – w razie kłopotów uniwersytet pomaga w ich zdobyciu. Prawie 100% undergraduates (studentów studiów licencjackich) mieszka na terenie Stanfordu w akademikach, co jest nawet obowiązkowe przez pierwsze 2 lata, ponieważ Stanford uważa, że nauka współpracy i integracji jest też częścią ich wykształcenia. Graduates (studenci studiów magisterskich i doktoranckich) zwykle wynajmują mieszkania w okolicy.

Top39 w komplecie (kto pamięta wszystkie imiona?)

Nad uniwersytetem góruje wieża Hoovera (31. prezydenta USA i absolwenta Stanfordu), siedziba instytutu jego imienia, wpływowego ośrodka badawczego w dziedzinie polityki i ekonomii, a przy okazji największego zagranicznego centrum dokumentacji najnowszej historii Polski. Misja Instytutu wydaje się być kwintesencją Ameryki, więc warto zacytować dwa mocne zdania:
"Both our social and economic systems are based on private enterprise from which springs initiative and ingenuity.... Ours is a system where the Federal Government should undertake no governmental, social or economic action, except where local government, or the people, cannot undertake it for themselves...."
Wieża Hoovera i styl stanfordzkiej architektury

Byliśmy też w kampusowym kościele, który z wystroju wcale nie jest taki wielowyznaniowy, jak wszyscy mówią. Kaplica ekumeniczna ma u nas jednak zawsze gołe ściany, a nie mozaiki ze świętymi, co chyba mówi coś ważnego o obliczu tutejszej tolerancji.

Wnętrze kościoła na terenie kampusu

Styl odprawianej mszy był poparciem mojego wyobrażenia o amerykańskości: kazanie to show w dobrym stylu, w którym królują przygotowanie i pasja (początek: "Wczoraj google'owałem 'love' i zgadnijcie, ile wyników znalazł. 150 milionów. To znaczy, że miłość jest wciąż ważna dla ludzi."). To kolejny kontakt z pozytywnym optymizmem, który wcale nie jest na pokaz (wczoraj była jeszcze uśmiechnięta, tryskająca pozytywną energią kasjerka w Safewayu).

Kościelna gazetka, czyli związki wiary z biznesem

A jutro czekają nas kolejne atrakcje powitalne – zajęcia dopiero od wtorku: